Pospieszny z Berlina, na Dworcu Wiedeńskim o siódmej rano wita go garstka. Wieczorem pokaże się warszawiakom na balkonie, powie cztery zdania. – Witam was tak krótko, gdyż jestem przeziębiony; bolą mnie gardło i piersi – wybrzmi ostatnie.

Jest 10 listopada 1918 roku, niedziela. W poniedziałek wybuchnie Polska.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Komendant Piłsudski przyjeżdża do Warszawy

Herbata, papierosy Marszałkowskie, kreskówki Disneya

– Nie chciałbym, aby pan odjechał, nie zobaczywszy moich córeczek. To prawdziwe frygi – od zamachu majowego (379 zabitych, ponad jedna trzecia cywile) minęło kilka dni, a Józef Piłsudski opowiada dziennikarzowi „Le Matin” o córkach.

Wszędzie się nimi chwali. Może dlatego, że urodziły się, gdy był już po pięćdziesiątce. Chodzi z nimi na spacery. Zawsze w szarej wojskowej bluzie, bez orderów. Mundur zakłada tylko na oficjalne spotkania.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej