Zapewne mało który z gości kawiarni Broad Arrow zwrócił większą uwagę na wysokiego blondyna, który 28 kwietnia 1996 roku zamówił tam lunch. Ot, turysta odwiedzający tasmańskie Port Arthur, miasteczko słynące głównie z tego, że w XIX wieku Wielka Brytania wysyłała tam skazanych za najgorsze zbrodnie.

Około 13:30 mężczyzna skończył posiłek, położył na stole kamerę i niebieską sportową torbę. A potem rozpiął torbę, wyjął z niej półautomatyczny karabin na 30 nabojów i zaczął strzelać.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej