Dr Piotr Podemski - historyk i kulturoznawca, adiunkt w Instytucie Komunikacji Specjalistycznej i Interkulturowej Uniwersytetu Warszawskiego, stypendysta Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta i Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji, egzaminator Matury Międzynarodowej, ekspert w międzynarodowych projektach edukacyjnych m.in. Rady Europy

Wielekroć zdarza mi się słyszeć - zwłaszcza ze strony tzw. umysłów ścisłych - że historia to wykuwanie na pamięć dat oraz naiwnych bajek o szlachetnych rycerzach, na domiar złego upolitycznionych, na które szkoda czasu w dzisiejszej edukacji.

Niestety, obecna reforma, prowadzona w bezmyślnym szale unicestwiania wszelkich innowacji, „żeby było tak, jak było” za Gomułki, przyczyni się znakomicie do utwierdzania takich stereotypów. A przecież można by inaczej - są gotowe recepty, dzięki którym nowocześnie pojęta szkolna historia jako próba zrozumienia mechanizmów ludzkich postaw i działań może się stać fundamentem rozwoju człowieka i społeczeństwa, kluczowym dziś dla sukcesu na świecie.

Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy?

Pamiętam, że jako „produkt” polskiej szkoły lat 90. zareagowałem niejakim zdziwieniem i bez krzty entuzjazmu na tekst Carmel Gallagher pt. „Nauczanie historii a szerzenie wartości demokratycznych i tolerancji”, z którym zetknąłem się podczas studiów historycznych. Autorka, badaczka związana z Queen’s University w Belfaście, ekspertka ds. edukacji historycznej (m.in. Rady Europy) i urzędniczka oświatowa w Irlandii Północnej, diagnozowała, że materialne i psychologiczne koszty transformacji w Europie Wschodniej po 1989 r. „zagroziły spoistości społecznej wielu państw i stworzyły klimat nietolerancji, drapieżnego nacjonalizmu i etnocentryzmu, który wyraża się w niechęci do imigrantów (...) czy mniejszości”. Dostrzegała również „wzrost politycznego ekstremizmu, a gdzieniegdzie odżywanie rasizmu, ksenofobii i antysemityzmu”.

Uderzające, że te - jakże aktualne, choć opublikowane już w 1996 r. - uwagi podsumowywała Gallagher szczególnie groźnie dziś brzmiącym memento: „Lekceważenie kwestii wyważonego nauczania historii mogłoby w tej sytuacji zaowocować wychowaniem cynicznego i słabego pokolenia, będącego potencjalną ofiarą ekstremalnych idei”. Wyrażała jednak nadzieję, że tożsamościowe problemy Europy Wschodniej - wraz z ich brutalnymi symptomami - będą stopniowo zanikały w miarę postępowania jej integracji z Zachodem, definiowanym jako wspólnota wartości liberalnej demokracji.

Fundamentalną rolę w tym procesie socjalizowania Europejczyków z postkomunistycznego Wschodu do życia w cywilizacji zachodniej miało odegrać właśnie nauczanie historii jako „możliwość pomagania młodym ludziom w lepszym poznaniu teraźniejszości w świetle przeszłości”, „szansa zrozumienia kontrowersyjnych problemów własnego społeczeństwa”, ponieważ „łatwiej jest mówić o (...) historycznych formach faszyzmu niż o (...) ożywaniu neofaszyzmu bądź religijnych i etnicznych konfliktów [dzisiaj]”.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej