Paweł Smoleński z Kurdystanu

Zanim Chenar, lat 30, wszedł do komisji referendalnej w turkmeńskiej szkole Abdul Rahman położonej w mieszanej turkmeńsko-arabsko-kurdyjskiej dzielnicy Kirkuku, poprosił wartownika, by zaopiekował się jego kałaszem. Wziął za rękę żonę i stanęli w kilkunastoosobowej kolejce po karty do głosowania. Pod sufitem salki widowiskowej wirowały łopaty wentylatora, ale i tak było duszno, bo na zewnątrz powietrze stało nieruchomo, a temperatura przekraczała 40 stopni. Wokół pachniało ciężkimi perfumami, potem i suchym kurzem. Noor ocierała czoło, wspierając się na ramieniu męża.

Na ten dzień Chenar zdjął mundur peszmergi. Założył tradycyjne kurdyjskie łachy - szerokie piaskowe portki przewiązane w pasie mięsistą szarfą i krótką kurtkę, pod którą narzucił białą, świeżo wyprasowaną koszulę. Na szyi zawiesił szalik w zielono-biało-czerwonych barwach irackiego Kurdystanu. Noor ubrała się jak prawdziwa Kurdyjka: szarawary przykryte zwiewną sukienką i leciutka chusta na włosach. Skromny dekolt przystroiła złotym wisiorkiem w kształcie mapy Kurdystanu i mocno umalowała oczy. Oboje wyglądali, jakby właśnie szli na własne wesele.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej