Kiedy Micheil Saakaszwili doszedł do władzy na fali demokratycznej rewolucji róż, na Zachodzie w najlepsze kwitła wiara w koniec historii - sformułowane przez Francisa Fukuyamę przekonanie, że liberalna demokracja prędzej czy później ogarnie cały glob. Był 2003 rok - niektóre kraje Europy Wschodniej weszły już do NATO, lada moment miały wstąpić też do Unii. Rosją rządził już co prawda Putin, ale nie zdążył jeszcze rozwinąć imperialistycznych skrzydeł. Globalny kryzys miał dopiero nadejść.

Misza wydawał się liderem perfekcyjnym: młody, wykształcony na Zachodzie prawnik, który potrafił przyciągnąć ludzi proeuropejskimi hasłami. Wiernie wspierał Bushowską wizję Pax Americana i bez zbędnych komentarzy realizował zalecenia zachodnich ekspertów.

Owszem, był showmanem, przez co zachodnie media patrzyły na niego z nutką orientalistycznej fascynacji: a to Misza w geście triumfu dopija herbatę po zbiegłym Szewardnadzem, a to snuje plany budowy luksusowej, dubajoidalnej metropolii na podmokłym wybrzeżu Morza Czarnego, jeszcze innym razem wpada na scenę podczas zorganizowanego w celu integracji Gruzinów i Osetyjczyków koncertu Boney M., żeby potańczyć do „Daddy Cool”.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej