Michał Olszewski: Liczyłeś, ile miejsc odwiedziłeś przez ostatnie sześć lat, po nałożeniu na ciebie przez prowincjała zakazu występowania w mediach?

Adam Boniecki: Dokładnie nie pamiętam. Zdaje się, że przez pierwszy rok było ich ponad 100.

Olecko, Wałbrzych, Londyn, Bolesławiec, Żywiec, Szczecin, Berlin, Lubaczów, Kadzidło... Do 2014 r. ponad 200, potem nikt już nie liczył. Ruszyłeś w drogę, bo ludzie chcieli się z tobą spotykać. Tylko w Łomiankach nie doszło do spotkania, bo miejscowy proboszcz zagroził bojkotem. A w Kielcach lokalna gazeta napisała: „Nie taki straszny, jak go malują”.

– Było jeszcze 100 tys. km na liczniku przez pierwsze trzy lata. Ale nie jestem męczennikiem – niektórzy traktują mnie tak, jakbym był ofiarą inkwizycji, a przecież nic mi się nie stało. Żyję, jeżdżę, rozmawiam, teraz znowu mogę się pojawiać w mediach innych niż „Tygodnik Powszechny”. Przeżyłem wojnę, stalinizm, cały komunizm, więc naprawdę wiem, że nie ma powodów do przesady.

A w zakonach takie zakazy się zdarzają. Spotkałem kiedyś w Brazylii benedyktyna, wybitnego specjalistę od managementu i organizacji pracy, był rozrywany, wozili go samolotami po całym kraju. W pewnym momencie przeor powiedział: ojciec nie jest od tego, proszę wracać do klasztoru. Wrócił.

Albo ojciec Yves Congar. Mój Boże, przełożeni zabronili mu wykładać na uniwersytecie, nie chcieli wydawać książek, bo uznali, że krzewi niebezpieczną teologię, niebezpieczny ekumenizm. Był u kresu wytrzymałości, zastanawiał się, czy nie wystąpić z zakonu. Ale wytrzymał i chyba było warto: Paweł VI zaprosił go na sobór w roli eksperta, stał się jedną z jego najważniejszych postaci.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ks. Adam Boniecki: Mój zakaz wypowiadania się w mediach został cofnięty

Co ci dały te spotkania?

– Poza czystą przyjemnością rozmowy? Poczucie, że jest sens w tym, co robimy w „Tygodniku”, że jest zapotrzebowanie wśród ludzi na rozmowę o katolicyzmie i Kościele, również wśród niewierzących. Jeździłem po bibliotekach, uczelniach, szkołach. Spotkania organizowali głównie świeccy. W przestrzeniach kościelnych, poza wyjątkami – było jedno spotkanie zorganizowane w parafii marianów na warszawskich Stegnach – do takich dialogów nie dochodziło.

Wydaje mi się, że przebijał z nich wyraźny niepokój. Poza tym, że w ludziach dużo jest podstawowej niewiedzy o Kościele i zasadach, które nim rządzą, to na pewno część obecnych zadawała sobie pytanie, co jeszcze robi w tej instytucji. Widziałem, że przychodzą ludzie, którzy czują się w niej obco, ponieważ nie akceptują języka kazań czy wystąpień nadających ton kościelnemu życiu. Zazwyczaj te spotkania trwały po trzy godziny. W trzeciej godzinie ludzie potrafią mówić naprawdę szczerze.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej