*Julia Wizowska – podróżniczka, fotografka, dziennikarka. Urodziła się w ZSRR, wychowała w Kazachstanie. Repatriantka, od 13 lat w Polsce. Nominowana do Nagrody im. Teresy Torańskiej

Ostatni tydzień przed początkiem nowego roku szkolnego. W hipermarketowych alejkach z artykułami biurowymi panuje ścisk: rodzice z dziećmi odhaczają na liście kolejne pozycje. „Czarny czy granatowy?” – matka pyta o tornister syna, na oko siedmioletniego. Ona woli tańszy, on – z superbohaterem. W końcu kobieta ulega namowom. „Niech ci będzie – mówi. – I tak się zaraz rozleci”.

Choć cena na metce to równowartość kilku przejazdów komunikacją miejską, środowiskowy koszt produkcji tego plecaka jest wysoki. Projektantka mody Eileen Fisher, odbierając w 2015 roku nagrodę ekologiczną, powiedziała: „W rankingu branż najbardziej zanieczyszczających środowisko przemysł tekstylny zajmuje drugie miejsce. Przed nim jest tylko petrochemia”. Ropa naftowa to „brudna” kopalina – nie ma roku bez katastrofy tankowca i zanieczyszczenia oleistą cieczą wód i wybrzeży. Tkanina, z której uszyto tornister, to najczęściej poliester, powstający właśnie z ropy.

Obok tornistra w sklepie wiszą bawełniane plecaki. Bawełna jest rośliną trudną w uprawie, wymaga stosowania pestycydów i nawozów sztucznych, często toksycznych i niebezpiecznych. Według Światowej Organizacji Zdrowia chemią rolną zatruwa się co roku 25 mln pracujących na plantacjach bawełny osób. Pestycydy wyjaławiają glebę i zatruwają wodę. A tej zużywa się mnóstwo: do wytworzenia jednej rzeczy z bawełny potrzeba tyle wody, ile człowiek wypija w ciągu kilku lat. Do tego musimy dołożyć zużycie paliwa, bo kolejne etapy produkcji towarów odbywają się daleko od siebie. Przykładowo, z plantacji w Uzbekistanie, Indiach, Turcji i Afryce Północnej bawełna leci do Chin, gdzie przerabiana jest na nici. Z nich w bangladeskich, pakistańskich i kambodżańskich fabrykach powstaje materiał, który jest dostarczany do szwalni. W międzyczasie do zakładów w Azji docierają metki z Europy. Gotowe towary trafiają na Zachód, a stamtąd są wysyłane do sklepów na całym świecie. Droga plecaka do rąk kupującego jest długa i kręta, a transport zużywa paliwa kopalne i emituje przyczyniający się do ocieplenia klimatu dwutlenek węgla. Dobrze, jeśli na końcu tej drogi znajduje się produkt dobrej jakości, który posłuży lata. Najczęściej jednak za niską ceną kryje się krótka żywotność. Rzecz jest nietrwała, więc szybko ląduje w koszu. Powstaje odpad, a użyte w produkcji zasoby naturalne idą na zmarnowanie. Tymczasem pierwszym i najważniejszym przykazaniem zero waste jest „Nie marnuj”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej