1. Witajcie na pustyni!

Pierwszego dnia w Dubaju, biznesowym centrum Bliskiego Wschodu, na każdym kroku przekonuję się, że to miasto ma za nic i prawa natury, i ludowe mądrości.

Zamiast uderzenia ciepła, którego spodziewa się turysta z polskich mroźnych nizin, już w tunelu z samolotu do terminalu czuję delikatny chłodek. W oczekiwaniu na kontrolę paszportową trzeba rozcierać ramiona i nogi, a i tak gęsia skórka szybko wraca. Procedura po odebraniu bagażu: błyskawicznie otworzyć walizkę, wygrzebać sweter, wskoczyć weń czym prędzej, podziękować Opatrzności, że wbrew zdrowemu rozumowi wrzuciliśmy między letnie ciuchy coś na wszelki wypadek.

Każdy przyjezdny ci powie: "Jestem tu tylko na chwilę''. A kiedy ich się pyta, jak długo już są w Dubaju, słyszy się: ''No, siedem, dziesięć lat''

Dubaj mrozi, zamiast grzać, i nic nie robi sobie z suszy. Wsiadając do taksówki lub poruszającego się nad ziemią metra, przecieram oczy ze zdumienia, gdy wyglądam przez okno. Ciągnące się wzdłuż głównej arterii Dubaju Sheik Zayed Road soczyście zielone trawniki wydają się kpiną z praw natury. W mizerne polskie lato pojedyncze surfinie na balkonach blokowisk zamieniają się w smętne, oklapłe dzwoneczki. W Dubaju tworzą nie rabatki, ale wręcz łąki rażące oczy czystą bielą i fuksją, upstrzone palmami i kępkami orientalnej roślinności.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej