– Bardzo nam przykro, że pani Róża Maria Barbara Gräfin von Thun und Hohenstein opuszcza studio – tak Michał Adamczyk, udający dziennikarza pracownik TVP Info, zareagował na wyjście Róży Thun ze studia. Europosłanka zaproszona na rozmowę o reparacjach wojennych wytrzymała bardzo długo: nie miała szans udowodnić, że nie jest wielbłądem, czyli kolaborantem niemieckim, dla niepoznaki posługującym się paszportem polskim.

Postawmy tu pytanie, które może wydawać się przyczynkarskie i dla sprawy nieistotne: dlaczego Adamczyk tylko europosłankę wymienił z imion i nazwisk? Czy nie zdawał sobie sprawy, że czas antenowy jest na wagę złota, że każda sekunda kosztuje bardzo dużo, nawet w oferującej ostatnio podejrzanie preferencyjne stawki telewizji publicznej? Dlaczego przedstawiając Sakiewicza, nie wspomniał, że właściwie nazywa się on Tomasz Józef, a i z pewnością jakieś imię z bierzmowania posiada, że o nazwisku rodowym matki nie wspomnę? Dlaczego to właśnie Róży Thun poświęcił tak dużo językowej energii?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej