Jestem Miłoszem, Miłoszem być muszę,
Będąc Miłoszem, Miłoszem być nie chcę
Miłosza w sobie zabijam ażeby
Bardziej Miłoszem być...


Parodiował Gombrowicz Miłosza, wkładając ów wierszyk w usta Szekspira. Przypomniało mi się to, gdy przeczytałem o hamletyzowaniu Ministerstwa Edukacji w sprawie obecności noblisty na liście lektur. Nie wiadomo w końcu, czy Miłosz będzie, czy nie będzie. W podstawie programowej go nie ma, ale ministerstwo zapewnia, że musi być, bo Miłosz to Miłosz. To dlaczego nie ma? Nasz system edukacji za PiS-u Miłosza w sobie zabija, ażeby bardziej z Miłoszem być...

Kiedyś Ministerstwo Edukacji z inicjatywy dzisiejszego ulubieńca liberalnych mediów Romana Giertycha usuwało Gombrowicza, robiąc mu pośmiertną przyjemność i doskonałą reklamę. Kto wie, może i dziś resort bardziej pomaga Miłoszowi, niż szkodzi. W końcu tak łatwo zarżnąć nawet najlepszego pisarza, gdy się zmusza uczniów do czytania go. Ale nie ma co się pocieszać, bo taka reklama trafi do nielicznych, a reszta nawet o nobliście nie usłyszy.

Niejeden na tym straci. A kto zyska? Czy Miłosz może być rzeczywiście zagrożeniem dla ideologii obozu władzy? Gombrowicz dla Giertychowego nacjonalizmu problemem z pewnością był, bo pstrykał w nos Giertychów na każdej stronie i było wesoło. Ale Miłosz dla Kaczyńskiego?

Kaczyński żadnej konkretnej ideologii nie ma. Kaczyńskiego interesuje bezprzymiotnikowa władza; on wie, że ideologia też potrafi ograniczać, a w postmodernistycznym świecie już nie mobilizuje.

Bardziej podejrzewałbym gorliwe ministerstwo, czyli Kaczyńskiego miernych, ale wiernych. I takich Miłosz może uwierać, bo jest mierności i oportunizmu przeciwieństwem.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej