MICHAŁ OLSZEWSKI, JAROSŁAW SIDOROWICZ: Z tymi obrazami w sekretariacie prezes Trybunału Konstytucyjnego to prawda?

STANISŁAW BIERNAT: Że zostały zdjęte?

Tak. Wisiały tam fotografie kolejnych składów trybunalskich.

– Ktoś kazał spakować je do pudeł i trafiły do piwnicy.

Dlaczego? Żeby zerwać ciągłość?

– Można tak podejrzewać. Żeby się nie kojarzyły z czasami, kiedy było inaczej.

Ciągłości będzie jeszcze mniej. Pan, zastępca prezesa Rzeplińskiego, odszedł właśnie z Trybunału Konstytucyjnego. W jakiej atmosferze?

– Dziewięcioletnia kadencja w Trybunale to najważniejszy czas w życiu zawodowym każdego sędziego, który tu trafi. W normalnej sytuacji tyle wystarczy, by wnieść choćby skromny wkład do rozwoju prawa i stosowania konstytucji. Siedem lat mojej kadencji było bardzo owocnych nie tylko dla mnie, ale także – jak sądzę – dla całego Trybunału, natomiast ostatnie dwa lata to było zmaganie się z próbami, na końcu skutecznymi, zniszczenia tej instytucji. Gdyby jeszcze te dwa lata podzielić, to przez prawie półtora roku Trybunałowi udawało się funkcjonować i wydawać istotne orzeczenia dotyczące ustaw o Trybunale i wielu innych aktów prawnych, ale ostatnie pół roku jest dla mnie osobiście porażką zawodową. Zostałem odsunięty od orzekania.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej