Pojęcie „śledztwa dziennikarskiego” jest w Polsce nadużywane i często kompromitowane przez publikacje, które nie mają z tym nic wspólnego. Książką „Macierewicz i jego tajemnice” Tomasz Piątek wraca do korzeni dziennikarstwa śledczego.

Kiedy Tomasz Piątek po raz pierwszy opisał wieloletnią relację Antoniego Macierewicza z agentem Służby Bezpieczeństwa Robertem Luśnią, byłem sceptyczny. Z zasady nie wierzę dokumentom bezpieki, a jeszcze mniej opowieściom jej byłych funkcjonariuszy. Akta SB często naciągają rzeczywistość, mieszają źródła osobowe z informacjami z podsłuchów, dopowiadają rzeczy, których nigdy nie było.

Dawni esbecy opowiadają, jak rzekomo kontrolowali opozycję w czasach PRL, i mrugają okiem, sugerując, że na wszystkich mają kompromitujące teczki.

Gdyby wszystko było tak jak w esbeckich papierach i opowieściach resortowych kombatantów, to system komunistyczny trwałby do dzisiaj.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej