Nie miał charyzmy. Wypadał blado na tle poprzedników, Konrada Adenauera i Willy’ego Brandta, którzy z łatwością uwodzili tłumy. Był prostolinijny, taki swojsko nieporadny. Zbyt twardo jak na polityka stąpał po ziemi. Dziennikarze z Bonn czy Hamburga traktowali go wręcz jak prowincjusza, który wprawdzie utorował sobie drogę na szczyty władzy, ale nigdy nie miał kompetencji, by rządzić krajem.

Pogrążał go akcent, zdradzający, że pochodzi z Palatynatu, czyli dla ówczesnych Niemców z prawie końca świata. Szydzono z jego figury, nazywając go „Gruszką”. Intelektualiści po spotkaniu z nim w urzędzie kanclerskim wychodzili zdumieni, że obśmiewany w prasie kanclerz potrafi pisać, czytać i w ogóle jest obyty ze światem.

– Każdy może zostać kanclerzem – tak jego...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.