W 1950 r. 21-letni Julian Stańczak z rodzicami, siostrą i bratem wsiada w Liverpoolu na statek „Georgic”. W porcie w Nowym Jorku macha do nich jakiś facet, na szyi ma tekturę z ich nazwiskiem. To ich daleki kuzyn. Gdy schodzą na ląd, pyta o bagaż, nie rozumiejąc z początku, że cały dobytek Stańczaków mieści się w walizce, którą Julian kilka lat wcześniej uplótł z wikliny w Ugandzie.

Kuzyn wsadza rodzinę do błyszczącego buicka i zabiera do domu w Binghamton, ponad 250 km na północny zachód od Nowego Jorku.

Pozostało 97% tekstu
Wyczerpałeś już limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu

Bądź na bieżąco - kup cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych
i wszystkich magazynów Wyborczej