W 1950 r. 21-letni Julian Stańczak z rodzicami, siostrą i bratem wsiada w Liverpoolu na statek „Georgic”. W porcie w Nowym Jorku macha do nich jakiś facet, na szyi ma tekturę z ich nazwiskiem. To ich daleki kuzyn. Gdy schodzą na ląd, pyta o bagaż, nie rozumiejąc z początku, że cały dobytek Stańczaków mieści się w walizce, którą Julian kilka lat wcześniej uplótł z wikliny w Ugandzie.

Kuzyn wsadza rodzinę do błyszczącego buicka i zabiera do domu w Binghamton, ponad 250 km na północny zachód od Nowego Jorku. Po drodze zatrzymują się przy stoisku z hot dogami. – Czegoś takiego wcześniej nie przeżyłem. Siedzieliśmy na słońcu, jedliśmy hot dogi tak duże, że trudno je było włożyć do ust, choć jeden w zupełności wystarczyłby dla nas wszystkich – wspominał Julian. – W powietrzu latały serwetki porwane ze stołów przez wiatr. Nikt się tym nie przejmował, a ja nie mogłem się temu nadziwić: marnuje się tyle papieru, a ja podczas wojny musiałem rysować na skrawku papieru toaletowego.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej