MICHAŁ NOGAŚ: Gratuluję... Sobie, bo rozmawiam z jedną z najważniejszych pisarek świata.

WIOLETTA GRZEGORZEWSKA: Miałam kilkanaście godzin, by oswoić się z wiadomością o nominacji do Bookera, zanim obiegła cały świat. Ale muszę się przyznać, że nie skupiłam się wtedy na tak niespodziewanym sukcesie.

A na czym?

– Pomyślałam, tak bez zastanowienia, że może teraz poprawi się mój status emigrantki. Że coś się nagle zmieni i Wielka Brytania znów będzie dla mnie bardziej przyjazna.

Mogę powiedzieć, że emigrowałam do kwadratu, bo doświadczyłam dwóch Anglii. Pierwszą była ta rządzona przez Partię Pracy. Wtedy czułam się tu jak w domu. Kraj miał ludzką twarz, władza także. Mogłam pracować i żyć bez przeszkód. Ale gdy rządy przejęli torysi, wszystko się zmieniło, również na niewielkiej wyspie Wight na kanale La Manche, gdzie wtedy mieszkałam.

Doszło do centralizacji, lokalne władze zostały osłabione, podniesiono podatki. I wówczas poczułam się tak, jak gdybym – bez ruszania się z miejsca – nagle przeprowadziła się do innego kraju.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej