DONATA SUBBOTKO: Jak to pan nie pamięta?

BRONISŁAW KOMOROWSKI*: No, akurat tego nie pamiętam.

Ale z kim pan rozmawiał, gdzie poszedł, co zrobił?

– Nie wiem. Jakoś tak na raty pojawiła się myśl o dzieciach. Starały się trzymać jak najdalej od kampanii, a jednak zrobiły ten spot. Chciały mnie wesprzeć, łamiąc zasady, które sobie postawiły. Padły tam deklaracje, no, chyba mogę nie bać się tego określenia, miłości do ojca. Nikt mi tego już nie zabierze. To równoważy upokorzenia.

Więc to było upokorzenie?

– Nie jestem nosorożcem.

Płakał pan tamtego dnia?

– Nie. Jeśli ktoś płacze z powodu przegranych wyborów, to ma przerost ambicji albo jest niedojrzały emocjonalnie.

To może pan się upił?

– Też nie. Ale gdy pani tak pyta, co czułem w momencie ogłoszenia wyników, to uzmysławiam sobie, że naprawdę prawie nic z tamtego dnia nie pamiętam. Musiało być ze mną grono przyjaciół, dzieci, żona. Jak ktoś jest poraniony, to przytula się do bliskich.

Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej