*Maciej Hen - ur. w 1955 r., pisarz, syn Józefa Hena. Debiutował w 2004 r. powieścią „Według niej” (wydaną pod pseudonimem Maciej Nawariak). W 2015 r. opublikował obszerną powieść historyczną „Solfatara”

We wszystkich chyba rankingach na rockową płytę wszech czasów obchodzący 1 czerwca 50. urodziny album „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” zajmuje niezmiennie pierwsze miejsce. Czy tym samym jest najlepszą płytą Beatlesów? Niekoniecznie, bo tych najlepszych jest co najmniej pięć. Ale nie ulega wątpliwości, że kto „Sierżanta Pieprza” nie zna, zdecydowanie ma czego żałować. Choć z drugiej strony można mu pozazdrościć, że ma to wszystko jeszcze przed sobą.

***

Odkąd pamiętam, słuchałem „Sierżanta” w stereo. Dopiero kilka miesięcy temu pojąłem, że to był błąd. Płyta, jak pewnie wszyscy wiemy, zaczyna się od odgłosów filharmonicznej sali koncertowej. Słychać przytłumiony gwar schodzącej się publiczności, dyskretne strojenie instrumentów. I niespodzianie w tę jakże kulturalną atmosferę wdziera się grzmot rockowej kapeli. Tylko że w wersji stereo ten efekt jest nieporównanie słabszy, gdyż rockowe granie dobiega tylko z lewego głośnika - dopiero w mono, kiedy ryk gitar wypełnia nagle całą przestrzeń, wrażenie staje się prawdziwie piorunujące. Kogucie pianie gitary solowej to Paul McCartney - George Harrison męczył się nad solówkami wiele godzin, aż w końcu skapitulował (gra za to gitarę rytmiczną, która tak naprawdę jest tu drugą gitarą melodyczną). Kiedy McCartney jako Konferansjer wykrzykuje: „Sergeant Pepper’s Lonely Hearts Club Baaaand!”, na wznoszącej się fali aplauzu wkracza na scenę sekcja dęta - cztery waltornie - dzięki czemu przez chwilę możemy się poczuć jak na koncercie prawdziwej wojskowej orkiestry.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej