MAGDALENA KICIŃSKA: Nie wiem, jak zacząć: „napisałeś książkę o słowach i przedmiotach” czy: „napisałeś książkę o matce”.

MARCIN WICHA*:Ta książka miała być o gadaniu. Wydawało mi się, że opowiem w niej bardziej o słowach niż rzeczach. Chciałem pokazać, że tak jak definiujemy swoją przestrzeń za pomocą przedmiotów, którymi ją wypełniamy, tych wszystkich talerzy z Włocławka, kubków w kropki z Bolesławca, księgozbiorów, tak samo istnieje równolegle zestaw słów, sformułowań, powiedzonek, manieryzmów, anegdot, który służy do tego samego. Czyli do tworzenia więzi między ludźmi i odróżnienia się od innych małych plemion. Każda rodzina taki język sobie tworzy i nazywa nim swój kawałek rzeczywistości.

Ale okazało się, że nie umiem opowiedzieć o mojej matce od początku do końca. Że cała moja wiedza o niej to raczej punkty, kropki, fragmenty, których nie da się ze sobą połączyć. Przede wszystkim dlatego, że to, co chciałem opisać, te wszystkie przymiotniki, rzeczowniki, czasowniki istnieją tylko w akcji, to znaczy, w momencie gdy są wypowiadane.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej