Maria Es. Po trzydziestce, z małym dzieckiem na ręku. Konto prawdziwe, na nim facebookowa przeciętność: zdjęcia z rodziną, jakieś memy i ulubione potrawy. A jednak porzuca na chwilę tę sielankę, by napisać: „Koniec kariery jako dziennikarz za długo mu się udawało na stos z nim ludzie mu to zrobią”*.

To o mnie. Dzień wcześniej Maria Es nie wiedziała o moim istnieniu. Nie zna mnie, ale życzy mi jak najgorzej.

– Czy pan ma wrogów? – pyta wkrótce potem policjant. – Nie – mówię, bo nikt konkretny nie przychodzi mi do głowy.

– Nikt nie groził?

– Nie.

– To będzie.

I faktycznie. Godzinę później znajduję wpis: „Ząb za ząb. Zlinczować skurwysyna. Na pewno wie, gdzie jest synalek”.

A zaczęło się całkiem niewinnie. „Czy ten fryzjer z Wrocławia to twój synalek?” – czytam 7 maja na Facebooku pod swoim ogólnodostępnym postem o prof. Vetulanim. „Tak, to jego synalek!!!” – odpowiada ktoś za mnie. Nie wiem, o co chodzi – mój syn ma 10 lat, mieszkamy w Warszawie.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej