Helen Beristain to typowa gospodyni domowa z prowincjonalnej Indiany, ale uważa rozważne głosowanie za obywatelski obowiązek. Dlatego długo przyglądała się kampanii, chadzała na wiece, przysłuchiwała się debatom.

I postanowiła, że zagłosuje na Trumpa. Bo przecież o gospodarkę chodzi, o walkę ze stagnacją. I jakieś nowe perspektywy. Słyszała też, co nowojorski miliarder mówi o nielegalnych imigrantach. Ucieszyła się, że chce wyrzucić bad hombres, złych ludzi, którzy przybyli zza Rio Grande i teraz odbierają dobrobyt i poczucie bezpieczeństwa takim jak ona i jej rodzina.

8 listopada, po ogłoszeniu wyników, otworzyła szampana. Nie wiedziała, że werdykt elektoratu zamieni jej życie w koszmar.

17 lat temu Helen wyszła za mąż za Roberta, niezbyt przystojnego jej zdaniem, ale poczciwego Latynosa. Chłopak urodził się w Meksyku. W 1998 r. pojechał do Los Angeles odwiedzić ciotkę. I już do ojczyzny nie wrócił. Złamał amerykańskie prawo imigracyjne, pomyślał jednak, że jakoś to będzie, skoro miliony przed nim zrobiły to samo. Para osiedliła się w typowym amerykańskim miasteczku jak z powieści Sinclaira Lewisa – South Bend w Indianie. Dorobili się wspólnie prężnego biznesu: restauracji Eddie’s Steak Shed. Wychowują troje nastoletnich dzieci. Burmistrz tej konserwatywnej osady nazywa Roberta „modelowym mieszkańcem”.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej