Wiosna to eksplozja, wrzask, zieleń. Wyjątkowy pod tym względem jest maj, z jego kilkudziesięcioma odcieniami. Lipiec i początek sierpnia bywają trudne, bo pojawiają się uciążliwe ślepaki, owady, na które nie działają żadne repelenty. Czasami bywa ich tak wiele, że lepiej nie wychodzić do lasu.

A uwielbiam letnie wędrówki. Poszczególne fragmenty lasu mają różną temperaturę w zależności od tego, ile przebija się do nich słońca. Las liściasty daje chłód, iglasty – upał i intensywny zapach żywicy.

Te godziny spędzone w lesie nauczyły mnie rozpoznawać też zapachy dzików i jeleni. Idąc przez puszczę, wchodzę w kolejne smugi woni. Jeśli jadę motocyklem, nie zakładam kasku. Jadę wolno, żeby słyszeć las i go czuć.

Ciepły wrzesień bywa mocno nostalgiczny, senny. Na narewkowskich łąkach pewnego wrześniowego dnia wypatrzyłem żubry. Weszły w kępę krzaków, zdecydowałem się poczekać na dobre ujęcie. Usiadłem w stogu siana. Zasnąłem. Gdy obudziłem się po godzinie, już ich nie było.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej