"Ja nie zwolnię. Bo tak lubię. Bo tak mi dobrze” – mówiła Krystyna Janda trzy lata temu. Nie zwalnia. Ba, przyspiesza. Gra i reżyseruje już nie tylko na własnych teatralnych deskach, w Polonii i Och-Teatrze. Jej nowa scena jest ogromna, narodowa, można by rzec, a rola być może życiowa.

– Polityka wzbudza u pani emocje? – pytałam jeszcze w grudniu 2013 roku, kiedy nic nie zapowiadało powrotu IV RP Kaczyńskiego, Macierewicza i Ziobry.

Odparła: – Tak, choć mnie to męczy i nie chciałabym, żeby tak było. Aż tak. Ale jest. Emocje wynikają z tego, co tu przeżyliśmy, poczucia wspólnoty po latach męki, pewności, że to mój kraj, moi krajanie, że jakkolwiek byśmy inaczej myśleli, to wspólny los. Czuję się odpowiedzialna i zobowiązana.

Krystyna Janda: Tak czuję, że w internecie mniej udaję. Fragment "Dziennika 2000-2002"

Krystyna Janda: Robimy strajk?

W czwartek 22 września zeszłego roku Sejm kieruje do komisji obywatelski projekt radykalnego zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Dwa dni później Janda na swoim Facebooku – polubiło go już 326 tys. ludzi – wrzuca obrazek z nadrukowanym fragmentem reportażu o słynnym strajku kobiet: „24 października 1975 r. 90 proc. islandzkich kobiet przerwało pracę. Te z nich, które były gospodyniami domowymi, przestały gotować, sprzątać i zajmować się dziećmi. Wszystko trwało tylko jeden dzień, ale zapoczątkowało prawdziwą rewolucję”. I dodaje komentarz: „To tylko taka propozycja, niestety wśród kobiet solidarności za grosz”.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej