Z kuchnią staropolską najzabawniejsze jest to, że oprócz nielicznych specjalistów nikt właściwie nie wie, na czym ona polega: nie zna przepisów, charakterystycznych składników, przypraw ani mód smakowych; choć to jeszcze pół biedy, bo łatwe do sprawdzenia. Od razu łapię się jednak na tym, że zakładam chyba niesłusznie: jakoś niewielu sprawdza. Ilekroć się bowiem spotykam z tym słowem w kontekście gastronomicznym, jego użycie jest błędne. Był taki okres w polskim życiu restauracyjnym, że wszystko, co na nieco starszych, przedwojennych przepisach wzorowane, wszystko, co kojarzone ze szlachtą oraz z mieszczaństwem, było z dumą ogłaszane jako skarb staropolszczyzny.

Polaków ostra...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.