Krystyna Janda będzie gościem Centrum Premier Czerska 8/10 w Warszawie.

Spotkanie odbędzie się 21 kwietnia o godz. 19. 

Pretekstem do rozmowy z aktorką jest premiera jej internetowego dziennika w formie książkowej. "Dziennik 2000-2002" ukaże się w połowie kwietnia nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. To pierwszy z cyklu sześciu tomów pisarskiego dorobku aktorki.

Zaproszenie na spotkanie: https://krystynajanda.evenea.pl/
oraz na Facebooku https://www.facebook.com/events/1838332039717797/

1 lipca 2001, niedziela, 7.55

No i dziś, zaczyna się włoska część wakacji.

Już siedzę, już piszę na tarasie, znajomy zapach, cykady, już nie ma różnicy między temperaturą ciała i powietrza, szumią drzewa piniowe, wieczorami dochodzi zapach pizzy, wina, odgłosy rozmów w tym melodyjnym, pięknym języku, kołyszą do snu powoli, powoli puls i tętno się uspokaja.

Zaczyna się miesiąc bez agresji, miesiąc zapomnienia, miesiąc uśmiechów po przebudzeniu, miesiąc wielu drobnych przyjemności. Już zapominam powoli, skąd jestem, co robię, jak się nazywam, o co chodzi w moim życiu tam gdzieś daleko w Polsce..

Wczoraj w trakcie podróży zastanawiałam się, czy mogłabym zostać na zawsze w tym moim ulubionym miasteczku na brzegu morza. – Ale co ja bym tu robiła! – krzyknęłam w pewnym momencie – tutaj przecież nie ma teatru! – Mój niezawodny synek Jędruś natychmiast z wyrozumiałością, z jaką mówi się do chorej umysłowo, nachylił się nade mną, spojrzał mi w twarz i wolno, precyzyjnie artykułując, powiedział: – Mamo, a czy ty myślisz, że świat się kręci dookoła teatru? Biedna mama! – Spojrzeli na siebie z uśmiechem wzajemnego porozumienia i politowania jak nad wariatem, wszyscy trzej. – A poza tym, jakbyś już nie mogła wytrzymać, pojechałabyś co jakiś czas coś sobie zagrać do Sieny – dodał łaskawie mój mąż – tak w ramach leczenia.

Spotkanie z Krystyną Jandą! Rejestracja.

2 lipca 2001, poniedziałek, 7.59

Tym razem mój Direttore delia spiaggia – dyrektor plaży (tylko we Włoszech możliwe te tytuły), przyjął mnie z otwartymi ramionami. – Madam Kocinski! – zawołał z uśmiechem i lubością. (We Włoszech występuję pod nazwiskiem mojego męża, które brzmi Kłosiński, to tak dla przypomnienia.) Direttore ma ze mną co roku problemy. Delikatnie mówiąc, on wolno myśli, bardzo wolno, ja trochę szybciej. Wynajęcie parasola i dwóch łóżek na miesiąc trwa u niego pół dnia. W małym pokoiku, na którego drzwiach napisano ogromnymi literami DIRETTORE, trzeba się naprawdę natrudzić. Po pierwsze, zawsze jest do niego kolejka w sobotę (wszyscy przyjeżdżają lub odjeżdżają w soboty, wszystko się tu dzieje od soboty do soboty), po drugie, jemu wszystko idzie nieśpiesznie. A ja nie mogę wytrzymać nerwowo, jak on liczy dni, uno, due, tre, stuka ołówkiem powoli, przy czym wymownie zawiadamia miną ludzi stojących w kolejce za mną, co on o mnie myśli. W dodatku zawsze chcę mieć leżak w pierwszym, uprzywilejowanym rzędzie, żeby przed sobą mieć tylko morze i nic więcej, on rwie włosy z głowy, co roku, że nie można, że tam tylko stali mieszkańcy, i co roku zwyciężam, a potem on, prowadząc mnie do mojego parasola w pierwszym rzędzie, krzyczy i pokazuje mnie całej plaży: – SI-GNORA KOCINSKI! Kręci przy tym wymownie głową, rozkłada ręce, pokazując wszystkim, co on ze mną ma. Wszyscy rozumieją go, kiwają głowami, uśmiechają się ze współczuciem. Ten rytuał się powtarza co roku. Tym razem, wyobraźcie sobie, parasol w pierwszym rzędzie na mnie czekał! Ale za to nie chciałam łóżek, tylko krzesło, leżak i łóżko! Kiedy mu to powiedziałam, zamarł! Zrozumienie tego i obliczenie sumy za wynajęcie na miesiąc dla każdego z tych mebli osobno, zajęło nam pół dnia. Uno, due, tre... gdy doszliśmy przy krześle do dwudziestego ósmego dnia, byliśmy oboje wykończeni. Do tego, jak już mi wypisał rachunek, zapłaciłam i wszystko się pozornie skończyło, zauważyłam, że na ogólnej mapie parasoli wpisuje moje nazwisko, tzn. Kocinski, przy parasolu oznaczonym Q-bis, a nie przy T, co miałam na rachunku. Mówiłam mu, że wydaje mi się, że parasol oznaczony literą T jest mój. OOOO! No i się zaczęło! Poszliśmy do parasola T, potem do Q-bis, okazało się, że ja mam rację, że źle wpisał. Kiedy wracaliśmy do biura, wszystkim ludziom na plaży uświadamiał, wznosząc ręce do nieba, że ta kobieta, co za nim idzie, Madam Kocinski, to jest skaranie boskie. Madam Kocinski! – pokazywał na mnie i robił swoje włoskie miny! Kiedy doszliśmy do biura, długo szukał gumki, mnie nie było wolno odejść, ASISTENTE od leżaków też czekał z meblami. DIRETTORE znalazł gumkę, wytarł Kocinski przy Q-bis, napisał w kółku i z wykrzyknikiem przy T, co musiałam oglądać i podziwiać sto razy i poprosił o rachunek, żeby sprawdzić, jak tam jest zapisane. I tu się zdarzyła katastrofa, która odwróciła bieg spraw i zajęła nam całe dalsze popołudnie. Sięgnęłam do koszyka plażowego i podałam mu, pomyliwszy się, rachunek za wynajem roweru! No, koniec! DIRETTORE zbaraniał, zaczął mnie pytać, zdumioną, kto to jest Renato Cardinale, i obrażony krzyczał, że to jest jakaś inna plaża. Ja nie rozumiałam, o co chodzi. On z tym rachunkiem występował przed całą kolejką, robiąc miliony min, pokazując, co myśli o zdrajcach, o mnie i mojej lojalności. Wreszcie zdołałam wydrzeć mu rachunek i przeczytać, o co chodzi. Kiedy krzyknęłam BICICLETTA – co moim zdaniem znaczy ROWER, zrobiła się wielka cisza. Następnie on czytał i oglądał z dziesięć minut rachunek za rower, który wynajęłam parę godzin wcześniej, i wreszcie zgodził się, że rzeczywiście jest to rachunek za wynajem roweru, a rower wynajął mi pan Renato Cardinale i tak się nazywa ta firma, w związku z tym nie zdradzam mojego DIRETTORE, a jeśli zdradzam, to z rowerem. Pogodziliśmy się i cała kolejka czekała, aż DIRETTORE i ASISTENTE odprowadzą mnie z honorami do mojego parasola T.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej