W ferworze zakupów, podekscytowana feerią produktów najróżniejszej maści, pewna siebie uchylam drzwiczki jednej z budek przy głównej alejce targu. I nagle czuję się jak w filmie.

Wewnątrz zapada cisza, a osiem par oczu spogląda na mnie z zaciekawieniem. Niewielkie pomieszczenie wypełniają... klienci? Goście? Imprezowy klimat, w dłoniach kieliszki i tekturowe talerzyki z kanapkami lub kawałkami serów – to wszystko zbija mnie z tropu. No i wokół sami mężczyźni – niektórzy tylko trochę starsi ode mnie, inni mogliby być moimi ojcami.

– Co mogę pani podać? – zadane płynną angielszczyzną pytanie pada z ust srebrzystowłosego mężczyzny stojącego za oświetloną, wypełnioną włoskimi i francuskimi wiktuałami ladą. To Gerhard Urbanek, człowiek instytucja, dobry duch Naschmarktu, jednego z najpopularniejszych i najlepiej znanych wiedeńskich targowisk, które odwiedzam piątkowego popołudnia. Obok niego krząta się czterdziestoletni Thomas, syn, który pomaga w prowadzeniu rodzinnego sklepiku, znanego z wysokiej jakości (i równie wysokich cen) serów, wędlin, pasztetów i innych dobroci z Francji, Włoch czy Hiszpanii oraz z ciekawych win. Można wziąć na wynos albo zjeść na miejscu, z kieliszkiem aromatycznego gewurza lub rieslinga, jak kto woli.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej