Czy może być coś bardziej amerykańskiego niż szafa grająca, po angielsku „jukebox”? Ozdoba każdej knajpy, jak stany długie i szerokie, bohaterka hollywoodzkiej kinematografii nostalgicznie przywoływana w filmach Jarmuscha („Memphis Beat”), Lyncha („Miasteczko Twin Peaks”) i Tarantino („Grindhouse: Death Proof”)?

Skonstruował ją, inspirując się wcześniejszymi patentami, David Cullen Rockola, Żyd, którego ojciec wyemigrował z Białorusi do Kanady. W 1935 r. w Chicago Rockola rozpoczął produkcję urządzenia projektowanego na początku w stylu art déco, niczym drapacze chmur. Po wrzuceniu monety szafa zaczynała grać, najpierw z płyt szelakowych (szelak to odmiana żywicy naturalnej), potem z winyli.

Szafa marki Rock-Ola stoi teraz na wystawie w Polinie: duża, podświetlona witryna z talerzem gramofonu, do wyboru 120 singli – małych płyt z jedną tylko piosenką na każdej stronie. W niej zamknięta jest niemal cała żydowska i zarazem uniwersalna muzyka rozrywkowa – za naciśnięciem klawisza posłuchasz Neila Diamonda, Burta Bacharacha, Boba Dylana, duetu Simon & Garfunkel, Billy’ego Joela, Lou Reeda, hardrockowej grupy Kiss, Leonarda Cohena, Barbry Streisand i nowojorskich raperów z Beastie Boys.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej