Mark Zuckerberg w ubiegłym miesiącu opublikował śmiały manifest o potrzebie budowania globalnej wspólnoty i o roli Facebooka w tym projekcie. Jego list – 5700 słów – zamieszczony na jego profilu, oczywiście facebookowym, miał nie tylko uspokoić obawy związane z rolą mediów społecznościowych w rozpowszechnianiu „fake news”. Przede wszystkim wynikało z niego, że Facebook nie jest już jedynie biznesem ani nawet platformą komunikacyjną, lecz wkracza na drogę do przekształcenia się w ogólnoświatowy ruch ideologiczny.

Mark Zuckerberg zapowiada rewolucję. Facebook ma połączyć ludzi na całym świecie

Oczywiście słowa są tańsze niż działanie. Aby przyoblec swój manifest w ciało, Zuckerberg musiałby obydwiema nogami wskoczyć na pole minowe polityki, a nawet zmienić cały biznesowy model. Nie da się przewodzić globalnej wspólnocie, jeżeli zarabia się na przyciąganiu ludzkiej uwagi i na sprzedawaniu jej reklamodawcom. Mimo to jego gotowość do chociażby sformułowania wizji politycznej zasługuje na pochwałę. Większość korporacji pozostaje wierna neoliberalnemu dogmatowi, według którego biznes powinien się skupiać na robieniu pieniędzy, rządy w ogóle robić jak najmniej, a ludzkość zaufać siłom rynkowym, które podejmują naprawdę ważne decyzje na naszą, klienta, rzecz. Olbrzymy technologiczne, takie jak Facebook, mają dodatkowy powód, żeby przedstawiać się jako media przejrzyste i dystansować od wszelkich paternalistycznych programów. Są świadome, że przy ich ogromnej potędze i wielkich zasobach danych osobistych muszą starannie unikać mówienia czegokolwiek, co mogłoby spowodować, że będą w jeszcze większym stopniu przypominać Wielkiego Brata.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej