PKS 4.30 do Berlina, kolejka przed aldikiem po persile i haribo. "Tato, czy mogę powiedzieć panu przy drzwiach guten morgen?"
"Nie, nie, nein. Ty nic nie mów". Ochroniarz uśmiecha się po turecku, a my pędem po sześciopaki orange saft. Szczęście w koszyku.

Jutro też jedziemy do Berlina. Teatr, wystawa, prosecco, rowerem nad Szprewą. Jakieś espresso, potem hummus na Kreuzbergu. Ot, europejska niedziela. Taka sama jak tydzień temu w Pradze i za tydzień w Warszawie.

Mniej więcej tak większość z nas odpowiada na pytanie: „Za co kochasz Europę?”. Ale są i tacy, którzy pytają: „Dlaczego zaraz miłość, czemu nie małżeństwo z rozsądku?”. „Nie czuję żadnej jedności, wspólnych celów z mieszkańcami Niemiec, Hiszpanii, Włoch czy Skandynawii. Jestem katoliczką, bardziej identyfikuję się z wierzącymi mieszkańcami Serbii czy Ukrainy niż laickiej Skandynawii czy Francji. Polski złoty jest dla mnie częścią tożsamości narodowej, tak jak flaga, hymn czy godło. I nie chcę ponosić konsekwencji błędów rządów innych krajów”.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej