Belweder, wyjątkowo kretyńskie imię dla psa” – zauważa jeden z bohaterów najnowszej powieści Wojciecha Chmielewskiego. I poniekąd nas uspokaja. Wbrew niepokojącemu tytułowi „Belweder gryzie w rękę” nie jest powieścią polityczną. To książka obyczajowa, zajmująca i utrzymana w dobrym stylu, w dodatku o doświadczeniu nad wyraz powszechnym: wchodzeniu w kryzys wieku średniego.

Pomysły na przezwyciężenie impasu

Powieść ma strukturę nowelową – to przeplatające się obrazki z życia kilku osób. Pomijając postaci epizodyczne, jest ich siedmioro: trzy małżeństwa i jeden ksiądz. Łączy ich to, że mieszkają blisko siebie, w jednej – jak czytamy – „peryferyjnej dzielnicy wielkiego miasta”. Po nazwach ulic łatwo się zorientować, że chodzi o Rembertów ulokowany na obrzeżach Warszawy.

Poznajemy więc Monikę i Marka, małżeństwo, które cierpi z powodu braku upragnionego dziecka. W istocie cierpi raczej on, ona funkcjonuje w egzystencjalnej próżni, zamknięta w domu, znudzona i wcale nie przekonana, że ciąża nada sens jej życiu. Basia jest wzorową matką trzech synów, ale intensywne macierzyństwo nie daje jej pełni szczęścia, zwłaszcza od momentu, kiedy jej mąż znika z domu (zatrudnia się na platformie wiertniczej; utrzymanie pięcioosobowej rodziny kosztuje).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej