Miała być „wiosna patriotów”, wyszedł punkt zwrotny. Niepewności związane z Brexitem i rządami Donalda Trumpa w USA skłoniły wielu Holendrów, by w wyborach do izby niższej parlamentu nie oddawać głosu na Geerta Wildersa, lidera Partii Wolności (PVV). Zamiast być następną kostką domina przewracającą „liberalny” porządek na świecie, Holandia popsuła humory prawicowym populistom.

Na pierwszy rzut oka wynik wyborów wygląda niejednoznacznie. Rządzący liberałowie z Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji (VVD) premiera Marka Ruttego stracili prawie jedną czwartą mandatów. Antyunijni populiści powiększyli swój stan posiadania o jedną czwartą. Mimo to przegrali. Ruttemu udało się zdecydowanie wyprzedzić Wildersa: 33 mandaty do 20 (na 150 miejsc w izbie niższej).

Po wyborach w Holandii: Rutte stał się trochę Wildersem

Nie bez przyczyny w ostatnich tygodniach oczy międzynarodowych mediów były zwrócone na Holandii lub ściślej: na Wildersie. Dlaczego – pytano – w kraju znanym ze swej otwartości sukcesy odnosi polityk, który obiecuje bez ogródek „mniej Marokańczyków” i innych muzułmanów oraz Nexit, wyjście Holandii z Unii Europejskiej? Jeżeli tam taki numer przejdzie, to może przejść wszędzie w Europie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej