Za dużo się wszyscy naoglądaliśmy filmów. Gdy usuwamy z filmu jego centralny konflikt, opowieść się rozpada. Łatwiej zmienić kulminację: często jej urok polega na tym, że do końca nie wiemy, jak się rozstrzygnie. Jednak nie do pomyślenia jest, by w danym filmie nagle zaczęło chodzić o coś innego. Scenarzysta, który tego spróbuje, naraża się na gniew widowni.

Podobnie w polityce. Pochłonęły nas dwa konflikty: tradycyjny, dzielący konserwatystów, liberałów i socjalistów, oraz współczesny, dwubiegunowy, którego stronom trudno nadać etykiety. Obecny i poprzedni rząd drą koty tak głośno, że wciąż umyka nam, jak wiele je łączy, a przecież musi, skoro możliwe są kariery Jacka Saryusza-Wolskiego i Radosława Sikorskiego. Z kolei tradycyjny konflikt jest tak bliski nam, ludziom lewicy, że kwitowanie tych karier...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej