Gwiaździsty sztandar zasłania fasadę drapaczy chmur na Rockefeller Plaza w Nowym Jorku do wysokości piątego piętra. Na scenę wychodzi kandydat, siwy, ale naładowany energią jak gwiazda rocka. Witają go euforyczną owacją, a on nie marnuje czasu.

– Żyjemy w czasach wojen! – woła. – W czasach walki ze złem. Z islamskim złem! Nasi wrogowie obwieszają bombami psychicznie chore kobiety i wysyłają na ulice, by zadały śmierć niewinnym ludziom!

To mógłby być Donald Trump, ale nie jest. Tak przemawia senator John McCain, jego największy wróg w szeregach Republikanów. Niektórzy, po obu stronach Atlantyku, chwytają się go jak ostatniej deski ratunku.

...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.