ADAM MICHNIK: Jak się czuje Beata Szydło jako premier bez władzy, wykonujący polecenia Jarosława Kaczyńskiego? Pan też kiedyś był obsadzony w tej roli.

KAZIMIERZ MARCINKIEWICZ: Nie zazdroszczę Beacie Szydło, bo ma sto razy gorzej. Ja jednak mogłem sobie ułożyć połowę rządu. Wybrałem np. Stefana Mellera, Grażynę Gęsicką, Zbigniewa Religę. To zupełnie inna klasa polityków. Spotykałem się z Jarosławem raz w tygodniu – w piątek na godzinę. Dzwoniliśmy do siebie incydentalnie. Ale decyzje zapadały na Radzie Ministrów. Rząd Beaty Szydło był tworzony za jej plecami, ministrowie wszystkie decyzje uzgadniają na Nowogrodzkiej, a nie w Alejach Ujazdowskich. Pani premier może ma jakiś wpływ na treść swoich przemówień, i to by było na tyle. Tak wynika z opowieści moich znajomych z PiS.

...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.