Nienawidzą nas, bo wygrywamy. I będą nienawidzić jeszcze bardziej, bo będziemy wygrywać jeszcze częściej! – ryczy do mnie patykowaty blondyn w szaliku z logo najpopularniejszego na świecie producenta napojów energetycznych. Jest 28 stycznia i trzy stopnie poniżej zera, ale trzyma otwartą butelkę piwa, jak to pod niemieckim stadionem. Zaraz wejdzie na trybuny, żeby dopingować piłkarzy Rasenballsport Leipzig, którzy znów wygrają mecz i utrzymają pozycję wicelidera Bundesligi. To sensacja na skalę europejską, bo drużyna dopiero awansowała na najwyższy poziom rozgrywek. Tak dobrze nie grał żaden debiutant w historii.

Futbol w NRD, czyli ze Stasi wygrać się nie dało

By zrozumieć wrzask wniebowziętego blondyna, trzeba uświadomić sobie nędzę piłki nożnej na terenach byłego NRD. Kiedy reprezentacja Niemiec zdobywała złoto ostatniego mundialu, w 23-osobowej kadrze był tylko jeden gracz urodzony na ścianie wschodniej. Młodzi zdolni uciekali na zachód przy pierwszej okazji. Przez ponad ćwierć wieku żaden klub stamtąd nie zdołał wepchnąć się do europejskich pucharów. Ba, w 2009 r. z Bundesligi spadł jedyny przedstawiciel poenerdowskiego świata – Energie Cottbus. Nie ma tam ani bogatych firm, ani bogatych ludzi, więc nie ma komu sponsorować futbolu.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej