ZOLTAN FARKAS, dziennikarz tygodnika „HVG”: Sześć lat temu stwierdził pan, że rozmontowano wiele fundamentalnych instytucji węgierskiej demokracji, że Węgry stały się autokracją. Czy pańskie przeczucia były słuszne?

JANOS KORNAI*: Niestety całkowicie. Badacz czuje zwykle dumę, kiedy jako pierwszy rozpozna pewne tendencje. Jednak moja duma zabarwiona jest goryczą, słuszność moich przepowiedni przyprawia o smutek.

Jednak Węgry nie są wyjątkiem. Pisze pan, że niespełna jedna dziesiąta ludności 47 krajów postkomunistycznych żyje w państwach demokratycznych, 15 proc. pod autokracją, a reszta pod dyktaturą. Jakby demokracja była niemal wyjątkiem. Czy w czasach transformacji ustrojowej karmiliśmy się złudzeniami?

– Opierając się na wiedzy, jaką wtedy mieliśmy, wspartej doświadczeniami demokratyzacji w innych krajach, uznać muszę, że nasze nadzieje na rozwój skuteczniejszy niż ten, który miał miejsce, nie były iluzoryczne. Spójrzmy na Chiny i Rosję. W Rosji pojawiły się zaczątki demokracji, odbyły się wolne wybory, powstał liberalny rząd Gajdara. Jednak nie przetrwał długo. Przewagę zdobyły siły antyliberalne na czele z Putinem, który zaprowadził rządy autorytarne. Nasiliły się represje.

Chiny to inna historia. Przez jakiś czas mogliśmy wierzyć, że nie jest złudzeniem ich ewolucja ku demokracji, chociaż powolna. Znamy przykład Tajwanu – dyktatury zamieniającej się stopniowo w demokrację. Jednak Chiny nie poszły tą drogą. Ważne jest to, jak dany ustrój określa się sam – Chiny to wedle nich „socjalistyczna gospodarka rynkowa z elementami chińskiej specyfiki”. Partia rządząca może się zwać komunistyczną, ale w moim rozumieniu w Chinach panuje kapitalizm. A w sensie politycznym jest to dyktatura: monopartyjny ustrój, brak wolnych wyborów, terror.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej