Mówią, że lotnisko Nea Kavala nigdy nie działało, bo zbudowali je w miejscu, gdzie wieje tak silny wiatr, że samoloty sobie z nim nie radzą. I śmieją się z naszego zdziwienia – to przecież Grecja, tu z założenia nic nie działa jak trzeba. A wieje rzeczywiście mocno. Jeśli ważysz 60 kg, to ledwo możesz ustać na nogach. Jak ważysz trochę więcej, możesz się poruszać, jak mniej – duża szansa, że się przewrócisz. Wiatr wdziera się wszędzie. W markecie, w kontenerach, w namiotach słychać świst i widać naniesiony piasek. Czasem śnieg.

Gdy przestaje wyć, dzieci wychodzą na zewnątrz.

Na nieczynnym lotnisku powstał obóz dla uchodźców, jeden z kilkudziesięciu w Grecji. Tu ulokowano część mieszkańców Idomeni – nieformalnego obozu na granicy grecko-macedońskiej, zlikwidowanego, gdy Unia i Turcja zawarły deal i zamknęły granice. Gdy Idomeni likwidowano, nie pozwolono nic ze sobą zabrać. W wielkim dole został cały dobytek 8,5 tys. ludzi: kolorowy stos namiotów, ubrań, śpiworów i materacy.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej