Kilka dni temu Jarosław Kaczyński udzielił jednego z nielicznych zagranicznych wywiadów. Dziennikarze „Frankfurter Allgemeine Zeitung” zapytali go między innymi, jakich niemieckich filozofów politycznych ceni. Odpowiedział, że Carla Schmitta za realizm, chociaż nie za postawę moralną, ale jeszcze bardziej za realizm ceni Machiavellego, który opisywał świat polityki „takim, jaki on jest”.

Słowa Kaczyńskiego brzmią sensownie, ale wnioski co do jego poglądów na politykę można wyciągnąć dopiero, znając poglądy obu tych myślicieli. Te zaś są albo kompletnie zakłamane, choćby przez posługiwanie się słowem „makiawelizm”, albo mało znane. Dlatego – wnioski pozostawiając Państwu – pozwolę sobie opisać w wielkim skrócie, o co chodziło Schmittowi i o co chodziło Machiavellemu. Choć zacząć muszę od uwagi natury ogólnej – otóż spostrzeżenie, że myśliciele ci byli realistami, stanowi banalne powtórzenie podziału na realistów i idealistów w polityce. Wszyscy, poza wariatami, są realistami, gdyż tylko wariat sądzi, że można świat zmienić wedle woli. Podobnie jak spostrzeżenie, że Schmitt i Machiavelli rozumieli, że polityka ma charakter brutalny. Co to znaczy? Życie w ogóle jest brutalne, a – na przykład – walka w ramach wolnokonkurencyjnej gospodarki co najmniej równie brutalna jak polityka.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej