KRYSTYNA BIELEWICZ: Powiem pani, że na ten film szłam z duszą na ramieniu.

NATALIA SZOSTAK: Dlaczego?

– Martwiłam się, bo mama jest postacią skomplikowaną i kontrowersyjną. Jak się patrzy tylko na jeden wycinek jej życia, to można ją źle osądzić.

"Sztuka kochania" o Michalinie Wisłockiej od piątku w kinach. W seksie każdy może być artystą

No dobrze, zaczyna pani oglądać i...?

– Zobaczyłam Magdalenę Boczarską i aż mnie zatkało. Chodziła jak moja mama, mówiła i zachowywała się jak ona. Powiedziałam Boczarskiej, że jest geniuszem, ma ogromny talent. Bardzo się przyłożyła do tej roli. W pewnym momencie tak weszłam w film, że widziałam w niej mamę. To jest Wisłocka. Udało się jej złapać dwoistość Michaliny.

Na czym ona polegała?

– Z jednej strony ludzie znali Wisłocką jako herod-babę, która po trupach docierała do celu. Jak się zafiksowała, to nikt jej nie przeszkodził – tak było z wydaniem „Sztuki kochania”, tak było z doktoratem, który robiła 10 lat. Prywatnie była zupełnie inna: bardzo wrażliwa, delikatna. W miłości zachowywała się jak dziewczynka z piosenki: „Bo ja jestem, proszę pana, taka mała”. Mężczyzn, z którymi była, traktowała jak książęta z bajki, choćby nie wiem jak byli dla niej niedobrzy. Wielbiła ich bezkrytycznie. Tak traktowała też mojego tatę.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej