Czuje się, że ten kraj ma kłopoty, od razu po wejściu na dworzec. Pełno mundurów, a w nich prawie dzieci i siwi faceci na granicy emerytury, żandarmeria trzepie plecaki. Z frontu, na front, z domu i do domu, na przepustkę, po przepustce. Na wschód, na zachód. Dziewczyny na peronie, łzy, pożegnania. Zmęczone kobiety drzemią na wielkich tobołach. Nie ma krzesła w poczekalni.

Tasiemce zielonych wagonów. 20, 30, 36. Ani początku, ani końca.

W ciasnym przedziale na wiele godzin zamknięci ze sobą. Nigdzie indziej by się nie spotkali, nie rozmawiali, mogliby być wrogami. A tu? Czy nie najłatwiej opowiedzieć prawdę obcemu? To popudczik – towarzysz podróży, którego nigdy więcej się nie spotka.

Na Ukrainie wciąż spadają pociski, a ludzie borykają z traumą przedłużającego się konfliktu

Odessa – Charków, 17 godzin, 22 minuty

10 szczurów za tydzień urlopu, taki przelicznik ustalił nasz kapitan – miczman Jura mówił ze mną wyrafinowaną ruszczyzną, ale gdy odbierał telefon, płynnie przechodził na literacki ukraiński. Chłopak z dobrej rodziny. Ojciec – wykładowca mechaniki na wyższej uczelni w Krzywym Rogu, matka – nauczycielka literatury ukraińskiej.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej