Rosyjscy farmerzy walczą o ziemię z latyfundystami. Nowi wielcy posiadacze wygrywają, bo są bliżsi klasowo tym, którzy rządzą krajem.

***

Nikołaj Gorbań, gospodarz z Kraju Krasnodarskiego u stóp Kaukazu, nie przyłączył się do jesiennego rajdu farmerów na traktorach do Putina. Został, bo grozili mu, że podpalą, porwą dzieci, zgwałcą żonę.

Jeszcze liczył na sądy. Że bez rozkazu prezydenta przyznają mu rację i oddadzą ziemię, którą przecież kupił.

Kiedy inni rolnicy, ci, którym udało się przedostać do stolicy przez policyjne kordony, wrócili z Moskwy, gdzie nic nie zwojowali, Gorbania już nie było. Zastrzelił się, bo krajowy sąd ostatecznie orzekł, że ma się wynosić ze swojej ziemi.

Kiedy Gorbań sięgał po dubeltówkę, a jego sąsiedzi kołatali do bram kremlowskich, minister rolnictwa Aleksandr Tkaczow spotkał się z aktywem „partii władzy” Jedna Rosja. I zapewniał, że na Kubaniu, czyli urodzajnej krainie u stóp Kaukazu Północnego, „problemów z ziemią nie ma”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej