Rozciągnęli go na stole. Nie mógł się poruszać, bo wraz z tlenem podali mu środki zwiotczające mięśnie, pewnie pavulon. Zmysły miał wyostrzone, leżał czujny jak zwierzątko, nagi. Bezbronny, oświetlony ostrym, białym światłem lampy niedającej cienia. Zwiotczałe powieki okrywały mu oczy, więc wyglądało, jakby spał. Ale nie spał.

Wszystko słyszał, wszystko czuł.

Chirurg zrobił dwa nacięcia na jego szyi, potem przeciął mu klatkę piersiową w okolicy mostka, rozciął mostek, rozgiął żebra, żeby zbliżyć się do serca. Tam zamknął nieprawidłowe naczynie łączące tętnicę płucną i aortę. Wszystko „na żywca”. Potem okazało się, że trzeba zrobić jeszcze otwór w klatce na wysokości mostka. I drugi z boku. Więc zrobili oba.

Nie płakał,...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.