Anna Alboth: Chodźcie z nami do Aleppo. Mamy już dość pisania: 'Jesteśmy tak bezsilni'

Marsz do Aleppo. Dzień pierwszy

 – Wciąż czekamy na ludzi, którzy mają dołączyć. Zanim oficjalnie zaczniemy marsz, porozmawiajcie z dwiema osobami, których nie znacie, o tym, po co tu przyszły – zachęca dziennikarka Anna Alboth, pomysłodawczyni i współorganizatorka Civil March for Aleppo. Trudno to zrobić, nie wpadając na kogoś z mediów. Na 300 osób, które pojawiły się na płycie dawnego berlińskiego lotniska Tempelhof, jedna czwarta to dziennikarze. Jest za to sporo Syryjczyków, część wpisuje się do księgi z wiadomościami dla rodaków, którą organizatorzy zaniosą do Aleppo. Czekamy, ale o spodziewanych trzech tysiącach można raczej zapomnieć.

Alboth prosi o zwinięcie flag innych niż białe. – Marsz jest pokojowy. Chcemy, żeby wszyscy mogli dołączyć. W tym momencie mikrofon przejmuje Syryjczyk z flagą na plecach: poziome pasy, zielony, biały i czarny, na białym trzy czerwone gwiazdy. Taka powiewała nad Syrią w pierwszych dekadach niepodległości; dziś to symbol rewolucji.

– Pokój bez sprawiedliwości nie ma sensu, trzeba nazwać morderców! – woła. Zaraz przejmą go dziennikarze.

Ruszamy. Muhammad (owinięty flagą rewolucji syryjskiej) i Hasan opowiadają, że dotarli do Niemiec tą samą trasą, którą pójdzie marsz – tylko z Turcji do Grecji przepłynęli pontonem, a nie przeszli jak marsz przez Bosfor. Marsz im się podoba, cieszą się, że pokażą Syryjczykom, że są z nimi. Ale żeby nie nazywać rzeźników po imieniu?

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej