Już pojawiają się te głosy. Żeby sprawę wyciszyć, ponieważ mazurski Ełk, jak cała zresztą Polska, jest miastem spokojnym i przyjaznym, a rozruchy wywołane śmiercią młodego Polaka dźgniętego nożem przez tunezyjskiego pracownika baru z kebabami to nic innego jak przykry incydent, który nie miał, broń Boże, podtekstu rasistowskiego. Był Nowy Rok, był pijany tłum, sytuacja wymknęła się spod kontroli. Poleciały kamienie, butelki, petardy, koktajl Mołotowa, owszem, może trochę chłopaki przeholowały. Dobrze, że lokal zniknie, ełczanie będą jedli mniej tłustego, ha, ha. Jak by to powiedzieć, te nastroje są zupełnie zrozumiałe, ponieważ sytuacja globalna wygląda na coraz bardziej niepewną, grożą nam zamachy, ludzie się niepokoją. W ogóle to trzeba zadać pytanie, czy pokojowy tłum nie został aby sprowokowany obecnością policji, która pojawiła się na miejscu zabójstwa po to, żeby denerwować. Co to w ogóle za świat, w którym jedna niewinna petarda wrzucona do prowadzonego przez Arabów lokalu powoduje takie konsekwencje? Miasto stoi u progu nowych wyzwań, kroją się tak długo wyczekiwane inwestycje, a tu taki kłopot. W sumie dobrze, że policja pozwoliła zdemolować lokal, bo para z młodych ludzi uszła.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej