Żaden prorok nie przewidział najważniejszego wydarzenia tego roku w Indiach – decyzji rządu o wycofaniu dwóch najwyższych nominałów, czyli usunięciu 85 proc. gotówki z obiegu.

Rząd zakłada, że bolesne uderzenie w szarą strefę wywrze korzystny wpływ na gospodarkę. Problem w tym, że szara strefa jest stałą częścią życia prawie każdego Hindusa. Na co dzień płaci się tu gotówką, konta bankowe i płatności elektroniczne to luksus miejskiej klasy średniej. Reforma w pierwszych tygodniach dosłownie sparaliżowała usługi i drobny handel. Jak to się zbilansuje – zobaczymy właśnie w najbliższych miesiącach. Przy okazji nacjonalistyczny premier Narendra Modi przekona się, czy ludzie przebaczyli mu wielogodzinne kolejki. Pierwszym testem dla BJP, Indyjskiej Partii Ludowej, będą wybory lokalne w pięciu stanach na początku roku.

Na razie władza BJP jest stabilna i Modi może sobie pozwolić na przesuwanie paradygmatów w polityce zagranicznej, odchodząc od dziedzictwa pierwszego premiera niepodległych Indii Jawaharlala Nehru. Modi był wymownie nieobecny na tegorocznym szczycie Ruchu Państw Niezaangażowanych – reliktu zimnej wojny, gdy Indie promowały się jako odkrywca trzeciej drogi między komunizmem i kapitalizmem. Dziś w Delhi stawiają na rozwijanie gospodarczej, naukowej i strategicznej współpracy z USA. Ale żeby nie narazić się na zarzut, że wrzuca wszystkie jabłka do jednego koszyka, Modi wciąż animuje ideę BRICS – współpracy największych gospodarek wschodzących: Brazylii, Rosji, Indii, Chin i RPA. W październiku odbył się szczyt na Goa, huczny, ale nieistotny. Członków BRICS nic już nie łączy, bo PKB Indii i Chin stale rośnie, Rosja i Brazylia są w recesji, a RPA, dziś 40. gospodarka świata, w ogóle tam nie pasuje.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej