"Masz ochotę poczytać najnowszego Koontza, słuchając Rihanny, to po prostu tak zrób. Przestań się krygować, że tak naprawdę jesteś ponad to. Zapomnij o pozorach i próżności. Nie masz nic do stracenia poza poczuciem winy” – przekonuje Jennifer Szalai na łamach amerykańskiego tygodnika „The New Yorker”. Jej opublikowany w 2013 r. felieton wywołał spore poruszenie. Czy zestawianie przyjemności z winą, kiedy mówimy o kulturze, nie jest passé? Czy wszystkożerna dziś inteligencja musi się wstydzić, jeśli zamiast Prousta do kolacji poczyta Severskiego czy Larssona?

Guilty pleasure to przyjemność wstydliwa, skrywana. Coś, czego – jak czujemy – nie powinniśmy lubić, a i tak lubimy. Coś, czym raczej nie chwalimy się publicznie. A jeśli już o tym mówimy, to rzadko i nie każdemu.

Jak podaje Szalai, po raz pierwszy to określenie ukazało się w dzienniku „New York Times” w 1860 r.; użyto go w opisie domu publicznego. Współcześnie ma wiele kontekstów: religię, modę, jedzenie. W odniesieniu do kultury oznacza najczęściej rozrywkę łatwą i lekką, po której nie spodziewamy się wiele. A nawet wiemy, że jest złej lub słabej jakości. Najczęściej chodzi o te produkty kultury, które podbiły masowego odbiorcę: wpadające w ucho przeboje, kinowe blockbustery, popularne seriale i wysokonakładowe powieści.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej