Jednym z najbardziej widocznych przejawów „polityki historycznej” polskiego państwa jest upamiętnianie Polaków ratujących Żydów za okupacji. Praktycznie wszystkie wystąpienia polskich czynników oficjalnych zatrącające o tematykę Zagłady nie mogą się dziś obejść bez przypomnienia o „liczbie polskich drzewek oliwnych w Yad Vashem”, o Janie Karskim czy Irenie Sendler.

Jan Karski: Bond, który płacze

Niestety, ofiara Sprawiedliwych Polaków – ludzi, którzy bezinteresownie ratowali Żydów – jest dziś cynicznie używana do kończenia dyskusji o mniej chwalebnych postawach polskiego społeczeństwa. Poszukiwanie prawdy historycznej schodzi na daleki plan. Liczy się przede wszystkim mitotwórcza wartość tych zabiegów.

Przykładem, dokąd prowadzi tak pojęta „polityka historyczna”, jest Muzeum Polaków Ratujących Żydów im. Rodziny Ulmów w Markowej na Podkarpaciu. Na jego otwarciu w marcu przemawiał prezydent Andrzej Duda, a 14 października muzeum stało się miejscem spotkania czterech prezydentów państw Grupy Wyszehradzkiej. W intencji władz spod znaku „dobrej zmiany” otwarcie muzeum stało się wydarzeniem o zasięgu światowym.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej