GRZEGORZ SROCZYŃSKI: „Zdradziliśmy nasze wolnościowe ideały, tolerowaliśmy dzikie nierówności i niszczenie państwa opiekuńczego, napadaliśmy inne kraje z wątpliwych powodów, torturowaliśmy więźniów i zawsze mieliśmy jakieś dobre usprawiedliwienia dla tych wszystkich praktyk. Ale nie powinniśmy się dziwić, że wyborcy chcą teraz kogoś innego” – mówił pan miesiąc temu w Brukseli. W czyim imieniu?

JAN ZIELONKA: Liberałów. Czuję się społecznym liberałem.

Takie bicie się w piersi ma sens?

– Przyznanie się do winy ma sens.

Żeby odzyskać wyborców, którzy kiedyś popierali demokrację liberalną, trzeba nie tylko nowych pomysłów i programów. Do tego przede wszystkim trzeba posłańca.

Posłańca?

– Nowego listonosza. Łatwo usiąść przy stoliku i opracować program: „Zobaczmy, czego ludzie chcą, i dajmy im to”. Preferencje wyborców są dokładnie badane, więc politycy mają złudne poczucie kontrolowania naszych głów. W USA badania pokazały, że nowy prezydent „musi przynieść zmianę”. Aż 40 proc. deklarowało, że owa „zmiana” – cokolwiek oznacza – to najważniejsze kryterium. Clinton próbowała się w to wpisać, obiecała podwyższenie płacy minimalnej, podniesienie podatków korporacjom. „Zmuszę bogaczy z Wall Street, żeby wreszcie płacili uczciwą dolę!” – krzyczała na wiecu. Czyli próbowała nawet zmienić język na inny, nie swój. Tyle że do głoszenia zmiany trzeba mieć wiarygodność, której liberalnemu obozowi dramatycznie brakuje.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej