Mam 17 lat, siedzę w ogrzanym barakowozie z pięcioma brzuchatymi facetami, jem tanią kiełbasę i rogalika, a oni popijają to piwem. Jest obiad, najważniejsza część dnia, bo już za dwie godziny będzie fajrant, kiedy wszyscy pod prysznicami z rozkoszą namydlimy się od stóp do głów, a potem przebierzemy się w cywilne ubrania, choć i tak oni będą wciąż wyglądali jak robotnicy w kombinezonach roboczych.

Była połowa lat 70., szczyt tzw. normalizacji, która miała trwać jeszcze 15 lat. Pamiętam, jak podczas tej przerwy obiadowej w barakowozie po raz pierwszy postawiłem sobie pytanie: to tak będzie wyglądało moje życie aż do śmierci?

Do dziś widzę twarze tych moich kolegów robotników, ich białe ciała pod prysznicem i opalone karki, ale przede wszystkim wciąż pamiętam ich pogodzenie się z losem, który przyjmowali z taką oczywistością, że nie potrafiłem tego wtedy zrozumieć. Bali się szefa, małego człowieczka z dużą głową, który był komunistą i miał prawo im obciąć premie, co zresztą czasem robił. I nigdy, naprawdę nigdy nie rozmawiali o polityce.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej