AGATA SARACZYŃSKA: Ustawiona na rozjeżdżonym przez samochody błotnistym i pełnym śmieci podwórku ławka „Kocham”, ułożona z liter tworzonych przez betonowe kloce, była jak granat wrzucony do szamba. To naprawdę potrzebne?

MICHAŁ BIENIEK*: Mieszkańcy Wrocławia byli oburzeni, to prawda, ale przecież rolą sztuki jest budzenie emocji. Zarzucano nam, że wydajemy pieniądze na zabawy, gdy potrzebna jest po prostu rewitalizacja tego podwórka. Ale my nie mieliśmy posprzątać czy załatać dziury – dostaliśmy pieniądze na działanie artystyczne. Gniew mieszkańców doprowadził do tego, że wystąpili razem, choć byli kompletnie bezradni. Wtedy, w czasie kolejnych już konsultacji społecznych, bo przecież wcześniej też rozmawialiśmy z lokatorami, zaczęliśmy wspólnie rozbierać problem na czynniki pierwsze. I udało się osiągnąć porozumienie, zaczęliśmy rozwijać nasz projekt. Przeprowadziliśmy szkolenie, jak pisać do urzędów, spotkaliśmy się wszyscy z pracownicami Zarządu Zasobu Komunalnego, które podpowiedziały, co, gdzie i jak załatwić.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej