Stałem na lekkim wzniesieniu otoczony liczącym kilkanaście tysięcy ludzi tłumem i zachodziłem w głowę, jak to się stało, że wszyscy oni przyszli tu razem ze mną pogapić się na spadające gwiazdy. Był sierpień, czas Perseidów. Przecież tych meteorów w mieście prawie w ogóle nie widać. Owszem, za miastem to oszałamiający spektakl, ale tu, w centrum europejskiej stolicy? Za dużo świateł i smogu. Co oni tu wszyscy robią?

Perseidy. Kosmiczny deszcz

I wtedy podszedł do mnie stary znajomy. „Wiesz, Karol, przez cały ten wieczór zobaczyłem jakieś pięć spadających gwiazd – powiedział. – To znacznie więcej niż przez całe moje życie”.

Sprawa nieco się wyjaśniła...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.